Świętojańskie wideo

Steller/Dziemaszkiewicz, Atman @ Dwie Zmiany, 24/10/18

Teatr na nowe czasy: Komuna//Warszawa, Paradise Now? Remix Living Theatre

Wiedżmin w Teatrze Muzycznym w Gdyni: fragment próby medialnej

Śpiewający Aktorzy 2017: Katarzyna Kurdej, Dziwny jest ten świat

Barbara Krafftówna W Gdańsku

Notre Dame de Paris w Teatrze Muzycznym w Gdyni: Czas katedr




Polecane

Jacek Sieradzki: Rezygnuję. Rozmowa z dyrektorem festiwalu R@Port

VI ranking aktorów Wielkiego Miasta

Kto wygrał, kto przegrał: teatry i festiwale. Podsumowanie roku teatralnego na Pomorzu cz.3

Nasyceni, poprawni, bezpieczni. Podsumowanie roku teatralnego 2014 na Pomorzu, cz.2

Podsumowanie roku teatralnego 2014 na Pomorzu, cz.1: Naj, naj, naj

Niedyskretny urok burżuazji. Po Tygodniu Flamandzkim

Na8-10Al6Si6O24S2-4 dobrze daje. Po perfomansie ‘Dialogi nie/przeprowadzone, listy nie/wysłane’

Panie Jacku, pan się obudzi. Zaczyna się X Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@Port

Wideoklip - niepokorne dziecko kinematografii i telewizji. Wywiad z Yachem Paszkiewiczem

Empire feat. Renia Gosławska - No more tears

Na co czekają więźniowie ? Beckett w Zakładzie Karnym w Gdańsku-Przeróbce

Zmiany, zmiany, zmiany. Podsumowanie roku teatralnego 2012 na Pomorzu

Debata w sprawie sprofanowania Biblii przez Adama Darskiego (Nergala)

Jakie dziennikarstwo poświęcone kulturze w Trójmieście jest potrzebne ?

Dość opieszałości Poczty Polskiej. Czytajmy wiersze Jerzego Stachury!

Brygada Kryzys feat. Renia Gosławska & Marion Jamickson - Nie wierzę politykom

Monty Python w Gdyni już do obejrzenia!

Kinoteatr Diany Krall. "Glad Rag Doll" w Gdyni

Tylko u nas: Dlaczego Nergal może być skazany ? Pełny tekst orzeczenia Sądu Najwyższego

Obejrzyj "Schody gdyńskie"!

Piekło w Gdyni - pełna relacja

Pawana gdyńska. Recenzja nowej płyty No Limits

Kiedy u nas? Geoffrey Farmer i finansowanie sztuki

Wciąż jestem "Harda" - wywiad z bohaterką "Solidarności"

Wielka zadyma w Pruszczu Gdańskim

Podróż na krańce świata, czyli dokąd zmierza FETA ?

Co piłka nożna może mieć wspólnego ze sztuką ?

Eksperyment dokulturniający, czyli „Anioły w Ameryce” na festiwalu Open’er

Nieuchwytny, odcinek 6. Akcja bezczelnie pcha się do przodu

Opublikowano: 11.01.2010r.

Zapraszamy na szósty odcinek pierwszej w historii powieści kryminalnej, która rozgrywa się w realiach Wielkiego Miasta.

Tylko u nas: Powieść kryminalna w odcinkach! Nieuchwytny, odcinek 1.

Tylko u nas: Powieść kryminalna w odcinkach! Nieuchwytny, odcinek 2.

Tylko u nas: Powieść kryminalna w odcinkach! Nieuchwytny, odcinek 3.

Tylko u nas: Powieść kryminalna w odcinkach! Nieuchwytny, odcinek 4.

Tylko u nas: Powieść kryminalna w odcinkach! Nieuchwytny, odcinek 5.

Nieuchwytny

Krzysztof Meyer

Odcinek 6

Obraz, na początku trochę zamazany, stawał się coraz wyraźniejszy. Charon poprawił w kamerze kontrast i dał większe zbliżenie. Widok był tak wstrętny, że odrzucił nawet miłośników „Piły” i „Teksaskiej masakry... ”.

-Co to kurwa jest ? - pomyślał każdy, ale na głos powiedział tylko Brego.
-Pytanie proste, ale odpowiedź już nie – odpowiedział Charon zza przezroczystej osłony, która chroniła twarz.

Od szyi aż do pępka ciało denata przedzielało głębokie nacięcie, które... żyło. Ze szczeliny o kilkucentymetrowej szerokości wychodziły setki, tysiące małych robaków. Asystent Charona zbierał je partiami do pojemników, które zaraz po napełnieniu zamykał i ustawiał na blacie przy ścianie. Robaki były snieżnobiałe.

-Od początku ciało było podejrzane. Chłopaki, kiedy je chwycili, czuli jakby coś się w nim przelewało – kontynuował Charon
-Skąd te robaki ? - włączył się Boden
-Jak mówiłem, ktoś się z Bronkiem pobawił. Ziegert jest cały w robakach. Fachowa robota, nie ma co...
-Ta, był robakiem za życia, nie dziwi, że jest robakiem po śmierci – filozoficznie zauważył Brego.
-Ustaliłeś godzinę śmierci ? - kontynuował Boden.
-Raczej datę i to wstępną. Bronek nie żyje od kilku dni, od co najmniej 72 godzin, ale dokładnie jeszcze nie mogę powiedzieć. Sprawca na pewno jest fachmanem. Nie zdziwiłbym się, gdyby był patologiem. Ciało świetnie zakonserwowane, robaki to jeszcze nie wszystko...

Kamera wróciła na górę . Powieki trupa wydawały się nienaturalnie wypukłe. Charon podniósł szczypcami jedną z nich i zamiast gałki ocznej w oczodole widniała biała kula. Powtórzył czynność z takim samym wynikiem przy drugiej.

-Po co komu oczy ? - głośno zastanawiał się Brego. Macie jakieś pomysły ?
-Na razie nie, ale to może odwrócenie lub zwrócenie uwagi na coś – wolno odpowiedział Boden. - A jaka jest przyczyna śmierci ?
-Trudno jednoznacznie powiedzieć. Na pewno nie utopienie, ani nie uduszenie. Na ciele nie ma jakichś specjalnych śladów, ale Ziegert i tak miał dni policzone. Miał raka mózgu i właściwie w każdej chwili mógł umrzeć.
-Wiedział o tym ? - kontynuował Boden
-Dokładnie nie wiem. Podobno dowiedział się o tym podczas pobytu w szpitalu, ale tak się wkurwił, że pobił lekarza, który mu to zakomunikował. Więc pewnie doszło do niego, ale nie dopuszczał do siebie perspektywy tak szybkiej śmierci.
-Co masz jeszcze ?
-Niewiele. Żadnych śladów za paznokciami, żadnych włosów, naskórka itd. Na miejscu też nic – nawet małego odcisku buta –Sami widzieliście, leje od kilku dni, nawet jeśli by coś zostawili ...
-Zostawili ?
-No tak, nie sądzę, żeby za tym stała jedna osoba. Więc nawet, jeśli by coś zostawili, mielibyśmy niewielkie szanse to znaleźć. Poza tym, jak powiedziałem, to zawodowcy. Kilka próbek jest w laboratorium, ale to rutynowe – nie spodziewałbym się czegokolwiek zaskakującego. Moja robota praktycznie się skończyła.
-Skoro tak mówisz, to... spotkajmy się – zaproponował Brego
-Chętnie. A gdzie ? - zapytał Charon
-Jak to gdzie chłopie. Główna Osobowa !
-Sir, yes sir !

Charon, Brego i Boden uśmiechnęli się w sposób dawno u nich nie widziany.

-Panowie, przejmijcie wszystkie dane od miejscowych i poukładajcie to jak można najlepiej. My z panem porucznikiem odbędziemy podróż sentymentalną – pułkownik zwrócił się do agentów, z którymi przybył do Miasta.

Brego i Boden opuścili salę, przeszli przez główne pomieszczenie i po kilku chwilach znaleźli się w windzie.

- Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie? Patrz Jacuś, jacy jesteśmy piękni !

Brego przeglądał się w krzywym zwierciadle, z którego słynęły windy Sea Towers. Lustro dawało złudzenie, które przez niektórych było odbierane jako upiększenie, a mieszkańcy, dla których wieżowiec był niedostępny niczym Królowa Lodu, stworzyli legendę „krzywych zwierciadeł”, niezwykłych luster, które miały „moc”. Boden podchwycił pomysł przyjaciela i zaczął robić najgłupsze, jakie potrafił, miny. Przyjaciele zaczęli śmiać się już bez ograniczeń. Czuli się jak chłopcy w gabinecie krzywych luster. Z głośnym śmiechem wyszli z windy, dzięki czemu rozmawiający z recepcjonistą Bolecki zdążył się schować przed wzrokiem opuszczających budynek mężczyzn.

Przestało padać, ale pewnie tylko na chwilę. Szybko doszli do skrzyżowania 10 lutego ze Świętojańską. Zaraz za przejściem, między narożną księgarnią a specjałami benedyktyńskimi, rozkładał się już do pracy jeden z tutejszych, etatowych żebraków. Właśnie odwinął nogawkę dresów, by ukazać gnijącą nogę, która była wabiem dla naiwnych przechodniów, którzy z litości wyciągali monety i wrzucali do czapki. Dwaj mężczyźni nie mieli ani litości, ani naiwności i przeszli obok żebraka obojętnie, podobnie jak śledzący ich Bolecki.

-Zobacz, co zrobiono z Kwiatkowskim – Boden wskazał na wciśnięty prawie w bryłę centrum handlowego pomnik legendarnego ministra .
-Tak. Myślę, że przewraca się w grobie, patrząc nie tylko na swój pomnik, ale na to, co się dzieje w jego ukochanej kolebce – smutno dodał Brego.

Pomnik Eugeniusza Kwiatkowskiego był smutnym, ale nie jedynym przykładem braku wyczucia i czegokolwiek. Stał schowany w bryle brzydkiego centrum handlowego, które bezceremonialnie przyjęło jego imię. Rodzina i miejscowa organizacja miłośników prosiły o inne potraktowanie pomnika, ale nic to nie dało i budowniczy II Rzeczypospolitej stał się nieoczekiwanie dla Historii fragmentem „Biznes interior”, jednego z brzydszych miejsc tej części Miasta.

-Kiedyś nie mogłem żyć bez Miasta, dziś, ilekroć tu przyjeżdżam, ogarnia mnie smutek i nostalgia. Jacek, ta część Miasta umiera...
-Wiem, ale nie zmienimy tego.
-Nie zmienimy.

Pokonali przejście na Władysława IV, minęli dawny budynek PLO i po chwili skręcili w Dworcową. Weszli do sklepu spożywczego, czyli głównie monopolowego. Bolecki poszedł dalej, przeszedł przez pasy i wszedł do kiosku z kurczakami z rożna, choć wcale nie był głodny. Przez szybę obserwował rozwój wypadków.

Mimo że nie było jeszcze południa, kolejka w jednym z licznych sklepików przydworcowych była dość spora. Szło jednak szybko, bo zamówienia były bardzo konkretne, a ekspedientka, gruba blondynka z różowymi pasemkami i kolczykiem na dolnej wardze, sprawnie realizowała powtarzalne zamówienia. Tylko przy jednym trwało to trochę dłużej – śmierdzący, brudny i bezwiekowy mężczyzna niczym zepsuty kran kapał grosikami uzbieranymi tego poranka. Nie był to godny pijak z początku „Przypadku” Kieślowskiego, tylko zwykły, obsikany żur dworcowy. Kapanie trwało już kilkadziesiąt sekund, co wystarczyło do wywołania rozruchów w społeczności kolejkowej.

-Szybciej dziadu jeden.
-Pani daj mu te wino i potem pani policzy. Nam się spieszy.

Gdy wreszcie, wyjątkowo wolno, spadła ostatnia kropla, na ladzie pojawiła się dumna „Wiśnia”. Żurowi zaszkliły się oczy ze wzruszenia i wyciągnął rękę po butelkę z ambrozją. Nastrój chwili przerósł możliwości zdobywcy i dłoń nie utrzymała tak niezwykle cennego ładunku. Wszyscy, jak na zwolnionych obrotach, obserwowali szklany lot . W tle, niczym z offu, słychać było niewyraźne okrzyki, ktoś rzucił się na ratunek, ktoś kogoś przytrzymał, jeszcze ktoś inny zamknął z przerażenia oczy i stało się : wino owocowe spadło na podłogę, oblewając czerwienią białe kafle. Z gardzieli straceńca wydarł się szatański odgłos, którego nie powstydziłby się sam Nergal, wokalista popularnego zespołu muzyki rozrywkowej. Ciąg dalszy był jeszcze bardziej żenujący : po growlingu najbardziej nieszczęśliwy w danej chwili człowiek w Mieście rzucił się na podłogę, by wylizać uciekające strugi. Komuś z kolejki puściły nerwy i zamachnął się, żeby kopnąć klęczącego mężczyznę, ale Boden błyskawicznie unicestwił jego zamiar. Chwycił mocno za szyję i spokojnie , nie pozostawiając cienia wątpliwości co do ciągu dalszego, wycedził:

-Nawet o tym nie myśl.

Dopiero po kilku sekundach zwolnił uścisk i niedoszły kopacz z trudem łapał oddech. Brego czekał już na zewnątrz. Bez słowa otworzyli następne drzwi. Ciąg sklepów monopolowych i tanich barów piwnych był wizytówką tej części Miasta. To był pierwszy widok, z jakim się stykał każdy turysta, który zdołał wyjść z brudnego i śmierdzącego dworca. Łatwa dostępność i wielość punktów z alkoholem była przysłowiowa i pozwalała znaleźć szybko sens życia każdemu mieszkańcowi Miasta. Beznadzieja uciekała za kilka złotych, demokracja krzepła, równość i sprawiedliwość umacniały swe pozycje. Przemiany ustrojowe w Polsce szły w dobrym kierunku.

Tym razem kolejki i apokalipsy nie było. Za ladą stała czterdziestokilkuletnia kobieta, którą można było podejrzewać o wszystko, oprócz uprawiania seksu. Beznamiętnie podała 6 specjali i kilka paczek mentolowych wogów. Brego i Boden wyszli ze sklepu, który znajdował się tuż przy przejściu. Było zielone i bez przeszkód zbliżali się do głównego wejścia na dworzec. Gdy mijali kawalkadę taksówek stojących na postoju, Boden rzucił nieco depresyjnie:

-Dzisiaj jest zły dzień...
-Dlaczego tak sądzisz ? – z niepokojem zapytał Brego.
-Bo godzina na zegarze dworcowym nie „świeci się”.

Spojrzeli w górę, na dach głównego budynku dworcowego. Rusztowanie z punktami świetlnymi, które niczym latarnia wskazywały podróżnikom godzinę, było martwe.

-No faktycznie. Często się „nie świeci” ?
-Prawie codziennie – odpowiedział Boden i przyjaciele zaśmiali się w tej samej chwili.

Wejście na dworzec nie było takie łatwe. Co chwila do podróżników podchodzili „szczęśliwi ludzie” i na różne sposoby próbowali wyciągnąć jakikolwiek datek. Największym błędem było ulec jednemu – taki naiwny darczyńca musiał potem odpierać ataki wielu amatorów łatwego życia i taniego alkoholu. Dwaj mężczyźni nie popełnili błędu i po kilku chwilach oraz minięciu alei wypełnionej gnijącymi nogami i twarzami z więziennymi tatuażami weszli do środka, gdzie czekali już na nich smród i Charon.

-No chłopaki, jestem kurwa niewymownie wzruszony. Ile to lat ? - żywo przywitał się specjalista od śmierci.
-O wiele za dużo – odpowiedział Brego, patrząc przenikliwie w ożywione oczy lekarza. Nie wiedział dlaczego, ale przez chwilę widział w oczodołach przyjaciela białe kule. - Andrzej jeszcze gra, podejdźmy.

Przy wejściu na peron czwarty na gitarze i harmonijce ustnej grał Andrzej, grajek dworcowy. Od murów tunelu odbijały sie dźwięki „Mr. Tambourine Man” Boba Dylana. Andrzej uśmiechnął się do nowej publiczności i po zakończeniu utworu zapytał się:

-Czy mają panowie jakieś specjalne życzenie ?

Słuchacze spojrzeli po sobie pytająco, wreszcie Brego kiwnął na Bodena, by wybrał utwór.

-A znasz „ Kiedy byłem małym chłopcem" ?
-Breakoutów? No pewnie – odpowiedział prawie ze wzruszeniem grajek i zaintonował przy akompaniamencie gitary, harmonijki i wspomnień całej czwórki:

Kiedy byłem
kiedy byłem małym chłopcem hej
wziął mnie ojciec
wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł
najważniejsze, co się czuje
słuchaj zawsze głosu serca hej
(...)

Trzecią zwrotkę zaśpiewali już wszyscy razem:

wicher wieje
wicher słabe drzewa łamie hej
wicher wieje
wicher silne drzewa głaszcze hej
najważniejsze to być silnym
wicher silne drzewa głaszcze hej

Charon, w imieniu całej trójki, wrzucił do futerału kilka banknotów. Trzej przyjaciele, kontynuując podróż sentymentalną, weszli na peron Szybkiej Kolei Miejskiej, który żył już pełnią życia. Właśnie pracę rozpoczął Janosik, najsłynniejszy puszkin Miasta. Na peronie był już też Mario, dworcowy „kaznodzieja”. Dzisiaj podchodził do każdego z tym samym, krótkim i esencjonalnym pytaniem : „ Coście skurwysyny uczynili z tą krainą ?" Wjechała nowiutka kolejka i Bolecki już miał do niej wsiąść, gdy zauważył, że śledzeni nie wykonali żadnego ruchu . Dopiero gdy na stację wjechała stara, złożona z mocno wysłużonych składów kolejka, trójka wsiadła do pociągu i skierowała się do końcowej, historycznej części składu, zwanej „Przedziałem służbowym”. Był pusty.

-No panowie, jak się czujecie ? - zapytał Charon
-Heh, no sentymentalnie – odpowiedział Brego, nie kryjąc wzruszenia. - Proszę piwo – podał Charonowi specjala.
-Ej no panowie, z czym wy do ludu ? - to mówiąc lekarz wyjął z kurtki butelkę wina owocowego z napisem „Wino”, czyli słynne pepe, zwane „patykiem pisane”.
-Kryzys mogę znieść, ja nie muszę jeść, błagam pepe wróć - zaintonował Brego – Nie no Charon, dbasz o detale, nie ma co.
-To jeszcze nic- kontynuował patolog i wyjął paczkę papierosów caro.
-No to już kombo, brawo Charon – pochwalił przyjaciela Brego i przyjaciele zapalili „po całym” i rozpijali klasyka „z gwinta”.

Kolejka, która długo stała na Głównej, wreszcie ruszyła i właśnie dojeżdżała do Wzgórza. Boden spojrzał przez okno i krzyknął :

-Panowie ! To Max ! Jestem pewny !

Brego i Charon skoczyli do okna i ujrzeli wysokiego mężczyznę zbliżającego się do czarnego Audi Q7, który stał obok Nordei.

-Boden – ty pierwszy. Wiesz, co robić – krzyknął pułkownik.

Boden już tego właściwie nie słyszał, bo zerwał się do biegu tuż przed słowami szefa.

-No tośmy się kurwa nasentymentalizowali. Całą, jedną stację, kurwa– Charon wyrzucił butelkę na podłogę i ruszył za oficerami.

Kolejka właśnie stanęła na Wzgórzu. Boden wyleciał jak z procy i zbiegł po schodach. Za nim wybiegli Brego i Charon oraz oddalony o przedział Bolecki. Wszyscy kierowali się do tunelu, który wyrzuci ich na Kieleckiej. Pierwszy wybiegł Boden i odprowadził wzrokiem znikające w górze audi. Stanął na środku ulicy i zatrzymał pierwszy, nadjeżdżający samochód. Był to czarny passat kierowany przez około czterdziestoletniego mężczyznę, który próbował wyminąć Bodena, ale nie udało mu się i musiał nagle zahamować. Siedzącą obok niego około dwudziestoletnią dziewczynę rzuciło do przodu, ale była w pasach i nic się jej nie stało. Boden otworzył drzwi i szybko wydał polecenie.

-Proszę natychmiast opuścić samochód. Tutaj ma pan telefon, pod który może pan zadzwonić, by odzyskać samochód lub odszkodowanie. To sprawa wagi państwowej, proszę nie stawiać oporu – rutynowo i zdecydowanie powiadomił pasażerów Boden i rzucił mężczyźnie wizytówkę z numerami.
-Miśku, ale jaja. Co ty na to ? - z podniecenia aż piszczała dziewczyna.
-Mistrzu, chujowo trafiłeś – to mówiąc mężczyzna wykonał ruch w kierunku schowka, ale Boden go uprzedził.
-To ty chujowo trafiłeś – to mówiąc Boden trzymał już w dłoni pistolet. - Wypierdalaj z samochodu i lepiej nie dzwoń.

Mężczyzna nie miał zamiaru opuścić samochodu. Boden cofnął się o krok i na wyprostowanych już nogach celował w kierowcę. Drugą ręką wyjął telefon.-Słuchaj, Miśku. W tej chwili dzwonię po psy i będzie wesoło. Daję ci szansę jak w lotto. Bierz dupę w troki i wypierdalaj z auta. Nie mamy czasu.

Przy końcowych słowach za Bodenem stali już dwaj pozostali uczestnicy niedokończonej, sentymentalnej wycieczki Szybką Koleją Miejską.

-Miśku, co jest kurwa ? Przecież mówiłeś, że ty tu rządzisz - piszczała dziewczyna.

Kierowca wykonał bolesny i widoczny proces myślowy.

-Wypierdalaj z auta. Ale już – rzucił do swej partnerki kierowca.

Zszokowana dziewczyna wyszła z samochodu i stanęła obrażona obok kierowcy. Boden usiadł szybko za kierownicą, Brego i Charon zajęli tylne siedzenia. Ruszyli w pościg w górę ulicy Kieleckiej.

Zdarzenie oglądał z ostatnich stopni schodów Bolecki. Gdy samochód ruszył, wyszedł z tunelu i zdecydowanie nie miał argumentów Bodena, ale miał szczęście. Gdyby nie to, jego podróż skończyłaby się w tym miejscu.

- Proszę jechać za tym czarnym passatem – powiedział Bolecki, gdy usiadł w taksówce, która niespodziewanie pojawiła się kilkanaście sekund po odjeździe oficerów.